Tuesday, 21 May 2013

Garfield Look:)

Jedną z rzeczy, które zadziwiają mnie w Monachium jest jak by to ująć.....otwartość mężczyzn. Już w drugim tygodniu pobytu tutaj zaczepił mnie jakiś Koleś na ulicy jak wracałam z marketu i zapytał uprzejmie czy jestem tutejsza bo nigdy wcześniej mnie tu nie widział i gadka szmatka czy byśmy może kiedyś się umówili (nie nie proszę Pana ja to się nigdy w życiu z nikim nie umówię, a już tym bardziej nie z Panem zaczepiającym kobiety na ulicy). Okazało się , że takie zachowania nie są tu rzadkością. Kilkukrotnie potem zaczepił mnie ktoś jeszcze  jak akurat biegłam na metro lub spotkać się z koleżanką. Zawsze bardzo sympatycznie kulturalnie i nienachalnie pytając czy przypadkiem nie mam chwili na spotkanie ( może po prostu wyglądam jak jakaś lafirynda:( no bo Aniołek Victoria's Secret to ze mnie nie jest). Potem pojawiają się jakieś jakieś imprezy masowe, na których nowy adorator pojawiał się co 30 sekund. Za każdym razem jest mi piekielnie głupio i chowam się za plecami kiwającego z dezaprobatą głową P. Piszę o tym ponieważ w Polsce pozostawiłam kilka wspaniałych, atrakcyjnych wykształconych i piekielnie zabawnych koleżanek singielek, które właśnie bardzo narzekają na wyluzowanie i inicjatywę ze strony polskich chłopców. Ja w sumie już lata temu doszłam do wniosku, że faceci to istoty z kompletnie innego układu planetarnego i zrozumienie ich motywów jest równie prawdopodobne jak znalezienie Hermes Birkin na 70% wyprzedaży. 
Ostatniego lata P. wyskoczył na 4-dniowy weekend do swojego Kolegi mieszkającego w Szwajcarii. Przyjechało jeszcze dwóch kumpli z Polski, dwóch z Anglii i mieli prawdziwy męski wypad z galą Boksu  (czy innego MMA), imprezami i różnymi męskimi radościami. Uwielbiam przyjaciół P. i byłam trochę zazdrosna, że oni będą tam szaleć a mnie ta radość ominie więc podzwoniłam do dziewczyn i zorganizowałyśmy wyjazd konkurencyjny ( bezkonkurencyjny bop babski:). Jedna z naszych koleżanek przeprowadziła się nieco wcześniej do Warszawy więc nie trzeba było długo kombinować. 
W babskim gronie byłyśmy pół na pół 2 zajęte szczęściary i dwie wolne szczęściary ( które mogą szukać i przeżywać ogniste romanse). 
Odstawiłyśmy się w super hiper ciuszki oraz szpilki do nieba i wyskoczyłyśmy na podbój Warszawy! Klub nr jeden. Gra muzyczka upu tupu nie jest źle kupiłyśmy po drineczku i wczuwamy się w klimacik. Po chwili  ( dosłownie 10 sekund) podchodzi osobnik i zaprasza do tańca. Wszystko ładnie, pięknie, ale ja mam w ręku pełnego drinka, gadam z kumpelkami, gra technowe łubudubu więc nawet nie wiem jak w parze do tego dreptać a na dodatek........( przepraszam bardzo za wredowatość) osobnik szybko został ochrzczony jako "Spanch Bob" gdyż był cały tak absurdalnie spocony, że koszula przykleiła się do jego ciała ukazując odznaczające się sutki, po policzkach spływały stróżki potu a jak mówił to dosłownie pryskał na ooło. OOOblecha. Jako troskliwa przyjaciółka byłam zdolna odstąpić towarzysza, którejś z koleżanek singielek, ale niestety nie reflektowały ( coś słabo się dziewczyny starają). Chłopak nalegał a ja starając się być miła poczułam, że ogarnia mnie panika. Z masowatym uśmieszkiem mówię delikatnie, że "może później" na co Spanch odpowiada " później to już nie...." i odchodzi obrażony. Hm faktycznie przez ułamek sekundy poczułam, że moja szansa przepadła bezpowrotnie ( hah). Po jakimś czasie już rozkręcone imprezą i podrygiwaniem na parkiecie z przystojniakami sięgającymi nam co najwyżej do ramion postanowiłyśmy zmienić miejscówkę na bardziej lanserską. Co prawda metrowe obcasy dawały się już we znaki, ale nie często pojawia się taka okazja do szaleństwa. Miejscówka nr 2 Ładny wystrój, fajna muzyczka, piękni ludzie w markowych ubrankach. Starsi Panowie (starsi od nas czyli 30+,40+ niektórzy może nawet po solarium i botoksie koło 50) wypatrujący laleczki w miniówka nie zasłaniających nawet tyłeczków nie mówiąc już o balonach wielkości piłek do koszykówki. Ah no co tam znalazłyśmy stoli więc wreszcie mogłam usiąść i dać chwilę wytchnienia moim biednym nogą. Koleżanki singielki spotkały jakiś kolegów więc pogadały sobie trochę, w rogu niczym człowiek guma wyginał się jakiś Tańcerz z Gwiazdami ( nie wiem  jak się nazywa bo nie oglądam tvn-owych programów rozrywkowych) i w zasadzie było sympatycznie. W domu 5 rano z uśmiechem na twarzy. Wniosek był jeden: Fajnie czasem urwać się ze smyczy i pobalować w obcym mieście, ale do domu wróciłam stęskniona jak nigdy wcześniej i przeszczęśliwa, że mam mojego P. :)

Aha a na koniec ( zanim moja półkilowa porcja bananowo-czekoladowych lodów się roztopi) kilka fotek.






T-shirt-Zara
Spódnica/Skirt- OCHNIK
Buty/Shoes- AnnaRitaN

Chciała dodać trochę nonszalancji do mojego stylu:) 
Ciao

SHARE:

3 comments

© SimpleThings by J. OK.. All rights reserved.
Blogger Template by pipdig