Friday, 7 June 2013

Trouble Girl

Istnieje kilka rodzajów ludzi: tacy, którym dziwne rzeczy się nie przytrafiają lub przytrafiają się sporadycznie; tacy, którym raz na jakiś czas coś się przytrafi jest to jednak tak rzadko, że rozpamiętują te sytuacje miesiącami i takich jak ja, dla których najróżniejsze kompromitujące i dziwaczne wydarzenia są absolutnie na porządku dziennym i tak jak niektórzy mają ponumerowane uśmiechy na każdą okazję to my mamy ponumerowane rumieńce wstydu. Ostatnio rozmawiając z Przyjaciółką przypomniała mi sytuację jak jechałyśmy autobusem miejskim do teatru. Siedziałam sobie elegancka i wyczesana na siedzonku autobusowym opierając jedną rękę o pręcik (taki mikropodłokietnik z metalu, który jest przy niektórych siedzeniach chyba po to żeby ludzie z nich nie spadali (??)) w pewnym momencie autobus zaczął jechać szerokim łukiem a ja poczułam, że  siła odśrodkowa wypycha mnie na zewnątrz. Nie świadoma jednak zagrożenia zaparłam się lekko nogami i nawet nie zauważyłam jak nagle wywinęłam salto przez wcześniej wspomniany pręcik ( który zgodnie z moim wcześniejszymi przypuszczeniami miał być po to , żeby nie spadać z siedzenia). Oczywiście moje widowiskowe salto bokiem (przez ramię hehhe) widzieli wszyscy w autobusie a Pani siedząca na przeciwko z troską spytała czy nic mi się nie stało ( jak już usiadłam z powrotem na miejsce). Powstrzymując wybuch śmiechu dojechałam do swojego przystanku i śmiałam się bez przerwy przez kolejne 15 minut. Jednak nie zawsze jest tak zabawnie. Wczoraj za to przeżyłam chwilę grozy ( dosłownie chwilę bo trwało to jakieś 5 minut). Poszłam wyrzucić śmieci do naszego zamykanego na klucz śmietnika. Śmieci było sporo więc miałam obie ręce zajęte i do śmietnika praktycznie ślizgnęłam się przytrzymując bramkę butem. Dumna jak Paw ze swojej siły i umiejętności segregowania otrzepałam ręce i już miałam wychodzić ( bo przebywanie w pomieszczeniu pełnym odpadków nie koniecznie należy do moich ulubionych zajęć) jednak zorientowałam się, że magiczny służący do wszystkiego klucz jest nie tylko niezbędny aby wejść do komórki śmietnikowej, ale niestety również aby z niej wyjść.  Nie muszę chyba dodawać, że bramka zatrzasnęła się automatycznie za moimi plecami a klucz został na zewnątrz. Boże jak ja nienawidzę takiej "ciapowatości". Jak oglądam film, w którym bohater jest taką skończoną ofermą to liczę na to, że będzie złe zakończenie bo na dobre takie ciapy nie zasługują ( no dobra zasługują, ale ręce opadają). Nie dość, że w obcym kraju, bez pracy, bez języka to kurcze blade jeszcze w śmietniku się zatrzasnęła. Nawet wołać o pomoc było mi wstyd. Na szczęście naturalnym mechanizmem obronnym jest chyba to, że nigdy w takich sytuacjach się nie stresuje i niczym McGyver pogrzebałam wsuwką w zamku ( nie w dziurce od klucza tylko w miejscu gdzie klapka się rozchyla i otwiera drzwi) i udało mi się uwolnić z tej śmierdzącej pułapki. Nikt na szczęście chyba nie widział moich zmagań, ale pomimo wieku 20+ w takich chwilach czuje się jak pięciolatka, której ktoś pogroził palcem :/

Nie ma co się załamywać. Nowy dzień na pewno przyniesie nowe przygody ( może zacznę rysować komiks;) A na dziś kolejna stylizacja z Wiednia.











Sukienka/Dress- Zara
Leginsy/Leggins- Calzedonia
Buty/Shoes- Venezia

Miłego Weekendu
Ciao

SHARE:

1 comment

© SimpleThings by J. OK.. All rights reserved.
Blogger Template by pipdig