Monday, 17 February 2014

Ko Phi Phi Don





 Prosto z Ko Yao Noi popłynęliśmy na Ko Phi Phi Don. To jedyna zamieszkana i największa z archipelagu wysp KoPhiPhi. Druga, położona obok to Phi Phi Leh odwiedzana przez tłumy turystów głównie ze względu na sławę zdobytą dzięki filmowi z " The Beach" z Leonardem Dicaprio, do którego zdjęcia były tam kręcone ( przynajmniej częściowo).  Ledwo zeszliśmy z łódki i od razu widzieliśmy, że klimat tu panujący różni się o 180 stopni od poprzedniej miejscówki. Oczywiście nie mam na myśli pogody :) Tłumy ludzi, stragan za straganem, impreza za imprezą, tanie drinki w wiaderkach i naganiacze namawiający na masaże, nurkowanie lub tatuaże.






     Zajęliśmy nasz przytulny bungalowik i ruszyliśmy w tango. Phi Phi Don polecam raczej osobom nastawionym na imprezy i plażowanie. Jedno i drugie rewelacja! Jednak kilka dni spędzonych w takiej atmosferce zaczęło nas nudzić i męczyć ( w końcu ma się te dwadzieścia kilka lat na karku) więc zaczęliśmy kombinować jakieś dodatkowe atrakcje.





Jedną z takich atrakcji było nurkowanie. W okół wyspy mieści się wiele znanych spotów do nurkowania i P. postanowił, że koniecznie musi spróbować. Ja raczej byłam średnio entuzjastyczna, ale z drugiej strony nie chciałam aby mnie coś ominęło. Co zrobić aby znaleźć instruktora? Wystarczy przejść się chwilkę po krętych uliczkach. Po piętnastu minutach zaczepi Was jakiś nurkowy naganiacz oferując kilkugodzinny wypad ze szkoleniem, lunchem, dwoma nurkowaniami i rewelacyjną zabawą. Dodatkowo opowie o wszystkim w taki sposób, że nawet jak nie chcecie to zachcecie, doradzi gdzie najlepsza plaża, gdzie najlepsze jedzenie i w ogóle stanie się  najlepszym kumplem na kolejne kilka minut.




Co do samego nurkowania to P. był super zadowolony i jedyne co go delikatnie rozczarowało to to, że nie zobaczyliśmy rekina ( podobno kilka dni wcześniej gdzieś jakiś sobie pływał). Moje odczucia były trochę mieszane bo po pierwsze to strasznie bolały mnie uszy przy zmianie ciśnienia związanej ze schodzeniem głęboko pod wodę a po drugi ciężko było mi zejść pod wodę bo byłam za lekka i pomimo dodatkowych obciążników ciągle płynęłam w górę. No, ale trzeba przyznać, że podwodny świat faktycznie zachwyca. Widzieliśmy wielkiego żółwia, piękne rafy, kolorowe rybki, Nemo i jego ziomali :) Nie jest to na pewno atrakcja dla panikujących i strachliwych. Ja przy pierwszym treningowym zejściu pod wodę miałam wrażenie jak bym tonęła i.....no najprzyjemniejsze uczucie to to nie było. Potem się trochę wyluzowałam i nawet jak P. niechcący ( Tak, Tak) wytrącił mi automat oddechowy z buzi ( czyli ten inhalator, przez który się oddycha) to nie spanikowałam- w zasadzie nie miałam wyjścia mogłam albo włożyć go z powrotem albo się utopić bo byłam za głęboko żeby wypłynąć. Aha no i oczywiście przy pierwszym nurkowaniu jak przepływałam przez jakąś ławicę to coś mnie poparzyło i miałam całą rękę w bąblach.







              Wieczorkiem po nurkowaniu skoczyliśmy na zakupy straganowe gdzie przypadkiem dorwałam fajny kostium kąpielowy za jakieś 27 złotych. Stroje od wyboru do koloru w najróżniejszych fasonach i wzorach. Z resztom wszystkiego tam było od wyboru do koloru i przy odrobinie szczęścia można było kupić za drobne.  Kostiumem pochwalę się za chwilkę na zdjęciach z wyprawy kajakowej :)





                       



Jak już wspominałam nie da się zawitać na Phi Phi Don i nie dać nura w imprezowy wir. Drinki w wiaderkach robią tu furorę i taki wiaderkowy zestaw można kupić nawet w sklepach- buteleczki alkoholu do tego Red Bull lub Cola i to ładnie ułożone w wiaderku do wymieszania np. po drodze na plażę. W klubie przy plaży takie cudo chodzi po jakieś 30 zł i jest naprawdę wielkie i mocne. W ogóle trzeba uważać na drinki bo procentów raczej nie żałują. Na rozkręcenie imprezy ok. 20 godziny, przed każdym klubem zaczynają się tzw. Fireshow. Grupa wariatów bawi się ognie w rytm muzyki i trzeba przyznać, że robi to wrażenie. Po jakimś czasie zaczynają wkręcać w swoją zabawę imprezowiczów zachęcając do skakania przez podpaloną linkę lub przejściem pod podpalonym limbo. Dla odważnych były shoty za darmo więc wiadomo, ze pobiegłam :)









                                  No a po imprezie to już raczej tylko wypoczynek :)






       Inną atrakcją jaką sobie zapewniliśmy była wyprawa kajakiem po pobliskich plażach. Ja, jak do tej pory byłam kajakową dziewicą i niestety inicjacja nie przeszła bezboleśnie. Narobiłam sobie odcisków na dłoniach a P. ostatecznie stwierdził, że i tak bardziej przeszkadzam niż pomagam więc mam sobie odpuścić :( Długo nie rozpaczałam bo pierwszym przystankiem była Monkey Beach a ja kocham wszystkie małpki.






















 Kolejnym przystankiem była inna rajska plaża. Ah te rajskie plaże ..człowiek zaczyna się gubić ;) Tam spędziliśmy sporą część dnia no bo ciężko było podjąć decyzję o powrocie. Chyba się nie dziwicie?














    Aha no i mój bazarowy kostium zaprezentowany w pozie ala Adrianna Lima.








                  Przez cały pobyt w Tajlnadi wciągaliśmy po kilka owocowych shaków dziennie. Dosłownie byliśmy od nich uzależnieni i dzień musiał się zacząć i skończyć na takim przysmaku. Więcej na ten temat napiszę w poście o jedzonku,ale post nie był by kompletny bez przynajmniej jednej takiej fotki :)




                                                                       Ciao,
SHARE:

4 comments

  1. Niesamowity klimat wprowadzasz tymi fotkami, za każdym razem. Super

    ReplyDelete
  2. Rewelacja! Nie to co deszczowy Dublin :( ;)

    ReplyDelete
  3. Cudowna relacja i piękne zdjęcia:) Ach te małpki psotki, uwielbiam je ;))

    ReplyDelete

© SimpleThings by J. OK.. All rights reserved.
Blogger Template by pipdig